Publicystyka Tomek Alicki
09.02.2018
Altered Carbon - recenzja pierwszego sezonu
Altered Carbon - recenzja pierwszego sezonu

Netflix przeprowadza kolejną finansową ofensywę – tym razem pod postacią nowego serialu science-fiction - Altered Carbon - który niedawno zadebiutował na ich platformie. Pieniądze wręcz wysypują się z ekranu, na pierwszym planie znane nazwiska, a ostatecznie i tak możemy mówić wyłącznie o mieszanych odczuciach.

Związek Netfliksa z gatunkiem science-fiction zawsze był dosyć burzliwy i postrzegany ostatnio głównie przez pryzmat anulowanego Sense8. Kiedy afera wreszcie przycichła, okazało się, że Amerykanie mają w swojej ofercie kilka godnych uwagi produkcji. Co jakiś czas ludzie wspominają The Expanse, niedawno tłumy oglądały Star Treka, a kilka dni temu na Reddicie użytkownicy starali się nagłośnić serial Travelers.

Altered Carbon #1

Dlatego też kolejna produkcja sci-fi od Netfliksa nie powinna być dla stałych użytkowników wielkim zaskoczeniem. Tym razem padło na Modyfikowany węgiel (ang. Altered Carbon), książkę Richarda Morgana. W oparciu o jego cykl o Takeshim Kovacsie serial przedstawia świat oddalony od naszego o kilkaset lat, gdzie śmierć przestała mieć większe znaczenie, a pieniądz zdaje się mieć jeszcze większą wartość niż zwykle. Technologia poszła do przodu i ludziom udało się zmieścić całą świadomość w stosie korowym – małym, okrągłym dysku. Śmierć w większości przypadków oznacza więc tylko przełożenie swojej pamięci do nowego modelu, zmianę „powłoki”. Umrzeć można teraz wyłącznie poprzez zniszczenie świadomości.

W tym świecie, po 250 latach bezczynności, budzi się Takeshi Kovacs (Joel Kinnaman), ostatni członek elitarnej grupy wojowników, którzy niegdyś próbowali dokonać rewolucji przeciwko nowej rzeczywistości. Teraz po jego kolegach nie widać już śladu, a on sam został wrzucony prosto w paszczę lwa. Zaraz po przebudzeniu zaprasza go do siebie Laurens Bancroft (James Purefoy), mieszkający w chmurach najbogatszy człowiek świata, który w swoim aktualnym ciele spędził już ponad 300 lat. Takeshi zostaje postawiony w sytuacji bez wyjścia i zmuszony do rozwiązania kryminalnej zagadki.

Altered Carbon #2

Pierwszy odcinek Modyfikowanego węgla to jedno z przyjemniejszych uczuć, jakiego mogą doświadczyć fani science-fiction czy fantastyki. Postapokaliptyczne wizje świata czy zmienianie kilku detali w rzeczywistości, w której żyjemy, nie wymaga wielkiej wyobraźni. Jednak kiedy dostajemy nowy świat rządzący się zupełnie innymi prawami, apetyt rośnie z minuty na minutę. Netflix od pierwszego odcinka sprzedaje widzom obrazki niczym z Blade Runnera 2049, przyzwyczajając nas do wizualnych doznań oddalonych o dalekie mile od tego, co zazwyczaj widujemy w serialach.

Modyfikowany węgiel ma w sobie coś, co obiecuje więcej, trochę jak Gra o Tron. Kiedy oglądaliście pierwsze odcinki produkcji opartej na książkach Martina, mimo wszystkiego, co działo się na ekranie, wiedzieliście, że macie do czynienia z czymś zupełnie innym, z obietnicą głębokiego, pełnego świata. Tutaj jest bardzo podobnie. Zdjęcia są piękne, widoki położonej w chmurach rezydencji Bancroftów potrafią wprowadzić w małe oszołomienie, a serial od początku częstuje nas drobnymi smaczkami, które pozwalają jeszcze szybciej oswoić się ze światem.

Altered Carbon #3

Biorąc więc pod uwagę rosnące z każdą minutą nadzieje, kierunek, w jakim zaczyna iść fabuła, jest sporym zaskoczeniem. Dostajemy bowiem zwyczajny kryminał, klasyczny przypadek „znajdź zabójcę albo sam skończysz w piachu”. CSI miałoby tutaj o tyle trudniejsze zadanie, że na niewiele zdają się w nowym świecie odciski palców. Bogaci mieszkańcy klonują się na potęgę, żyją wiecznie i mają dostęp do możliwości, o jakich współcześnie nawet nam się nie śniło.

Chwilę później podążanie za kolejnymi poszlakami staje się pretekstem do przedstawienia widzowi całej rzeczywistości. Poznajemy najmroczniejsze zakamarki biedniejszych dzielnic, wchodzimy między bogaczy, żeby obserwować ich dziwne zwyczaje, a noc spędzamy w hotelu prowadzonym przez sztuczną inteligencję. Niestety im dalej w las, tym bardziej Modyfikowany węgiel traci swój charakter. Twórca serialu, Laeta Kalogridis, podczas tych dziesięciu odcinków czerpie garściami z tylu różnych źródeł, że ostatecznie jedynym konsekwentnym działaniem, obok wspomnianej już warstwy wizualnej, jest regularne rozbieranie swoich bohaterów.

Altered Carbon #4

Modyfikowany węgiel już na początku lutego zagwarantował sobie miejsce wśród nominacji do najbardziej nierównej produkcji tego roku – od okropnych, tandetnych tekstów kojarzących się z superbohaterskimi serialami aż po solidne fragmenty scenariusza, które bawią i wzruszają. Każdy kolejny wątek jest niczym gwóźdź do trumny dla tego dziesięciogodzinnego seansu. Wątki poboczne tracą na znaczeniu z odcinka na odcinek, a samym twórcom nie udało się znaleźć odrobiny czasu na głębsze rozwinięcie postaci.

Mimo wszystkich problemów, można odnaleźć się w tym nowym świecie. Główny wątek fabularny nie wzbudza może większych emocji, ale niektóre pomysły autora są na tyle absurdalne, że intrygują. Chaos Kalogridis skutecznie zmusza również do przemyśleń i podkreśla odpowiednie sytuacje, żeby zachęcić widzów do rozważań o ludzkim sumieniu, godności czy pojęciu honoru. Efekty specjalne, zdjęcia oraz niektóre sceny również bardzo pozytywnie wpływają na odbiór całości. W rezultacie Modyfikowany węgiel jest produkcją wartą sprawdzenia na ekranie telewizora. Odłóżcie aplikacje mobilne i nacieszcie oko pieniędzmi Netfliksa, a może Wam uda się odnaleźć w kolejnym science-fiction.

altered carbon netflix recenzja recenzja filmowa