Publicystyka Kacper Mądry
14.01.2018
Need for Speed: No Limits - recenzja gry
Need for Speed: No Limits - recenzja gry

Need for Speed: No Limits początkowo wydaje się być produkcją fatalną. Z czasem jednak zaczynamy rozumieć filozofię stojącą za mobilnymi wyścigami.

Need for Speed: No Limits to produkcja studia Firemonkeys. Dla niewtajemniczonych – deweloper znany jest z tworzenia świetnych produkcji wyścigowych, które zawsze wyciskały ze smartfonów siódme poty i imponowały dopracowaniem. Tym razem twórcy postawili na nielegalne wyścigi uliczne przywodzące na myśl Need for Speed: Underground. Produkcja tylko stylistycznie przypomina dawną odsłonę NFS-a, a cała mechanika zabawy jest już współczesna. Początkowo patrzyłem na ten tytuł jak na jakiś żart. Wyścigi trwają tutaj około 30 sekund, w porywach – do minuty. Model sterowania? Auta trzymają się drogi jakby były przyklejone do jezdni, a możemy jeszcze uruchomić tryb „EasyDrive”, który powoduje, że musimy już tylko omijać samochody, bo auto samo skręca na zakrętach. Nawet ruch uliczny jest zepsuty! Jak? Po obu stronach jezdni auta jadą w tym samym kierunku co my! Wszystko to zalane zostało znienawidzonymi skrzynkami.

Need for Speed: No Limits #1

Jednak gdy odpalałem produkcje poza domem, aby rozegrać sobie szybki wyścig, okazywało się, że cała mechanika zabawy jest wręcz idealna. Oczywiście, można by było zrobić normalną, płatną produkcję w stylu Most Wanted na PS Vitę, ale taka forma zabawy, jaką proponuje Need for Speed: No Limits, również potrafiła mnie cieszyć. Krótkie wyścigi stały się czymś idealnym do szybkiego zabicia czasu. Model jazdy? Nawet idąc, byłem w stanie bez problemu precyzyjnie prowadzić swoje pojazdy. No i sprawę ułatwiał fakt, że nie musiałem omijać ruchu ulicznego jadącego na mnie, tylko mogłem skupić się na driftowaniu z włączonym dopalaczem, by za chwilę wyskoczyć z rampy i zniszczyć radiowóz. Chociaż to ostatnie nie jest żadnym wyzwaniem, bo sztuczna inteligencja policji polega na zasadzie „jedźmy obok niego i mu nie przeszkadzajmy”.

Cała rozgrywka opiera się na powtarzaniu jednego schematu. Przechodzimy kilka wyścigów, nasze auto staje się za słabe, ulepszamy je i jedziemy dalej. Zaskakujące jest to, że podczas gry udało mi się uzbierać taką ilość gotówki i złota premium, że w ogóle nie narzekałem na ich niedobór. Pieniądze w grze wydajemy na podwyższanie statystyk samochodów, które ulepszamy poprzez montowaniu nowych… kart. Aż mnie ciarki przeszły, jak pomyślę, że to samo jest w ostatnim, dużym Need for Speed: Payback. Same karty wypadają jednak w uczciwych ilościach, a do tego otwieramy je codziennie po kilka razy z darmowych skrzynek i nie powinniśmy narzekać, że gra zmusza nas do wydawania gotówki. Wizualna modyfikacja aut jest z kolei kompletnie darmowa – wystarczy, że osiągniemy odpowiedni poziom i nowe spoilery same się odblokują.

Need for Speed: No Limits #2

Kiedy zaczniemy dostawać białej gorączki z powodu mikrotransakcji? Kiedy będziemy chcieli usiąść i grać w Need for Speed: No Limits jak w normalny tytuł z dużych konsol. Wtedy po kilku wyścigach zostaniemy bezczelnie powstrzymani przed rozgrywaniem kolejnych etapów, bo… skończyło się paliwo. Albo zapłacimy za jego uzupełnienie, albo czekamy. Chcecie rozegrać nowe wydarzenie? Szybko udostępnione na jakiś czas auto będzie za słabe i będziecie zmuszeni do ulepszenia go za własne pieniądze. W późniejszym etapie gry ten element przestaje być problemem i ostatecznie wychodzi się na plusie, ale na pierwszych poziomach gracza zwyczajnie nie stać na kolejne modyfikacje.

Jak wspominałem na początku – Firemonkeys ponownie wyznaczyło nowe standardy, jeśli chodzi o gry wyścigowe na smartfonach. Na małym ekranie Need for Speed: No Limits wygląda niesamowicie, chociaż oczywiście do konsol jeszcze daleko. Szkoda jednak, że dźwięki wydawane przez pojazdy to kilka tych samych odgłosów na krzyż. Graficznie się postarano, dźwiękowo – nie do końca. Twórcy też średnio starają się, jeśli chodzi o rozwój produkcji. Od premiery pojawiło się tylko kilka nowych samochodów i garść większych aktualizacji wprowadzających np. nowe trasy w kanionie. W porównaniu do Real Racing 3, które jest sztandarowym dziełem studia i zdążyło już kilka razy zupełnie zmienić swój wygląd, dodając wyścigi NASCAR, ogrom nowych tras i lepsze menu oraz optymalizację rozgrywki – wygląda to biednie.

Need for Speed: No Limits #3

Jak to jest więc z Need for Speed: No Limits w wielkim skrócie? Jeśli będziecie grali na tronie czy odpalali raz na jakiś czas dla kilku wyścigów, to powinniście naprawdę dobrze się bawić. Gdy jednak zapragniecie zagrać w to jak w normalną produkcję, doświadczanie będzie tragiczne. Rozbieżność w odbiorze jest ogromna, taki już urok „darmowych” gier mobilnych.

Gra recenzowana była na systemie iOS.

Plusy:

  • Grając mobilnie – świetnie rozplanowana rozgrywka
  • Niezła oprawa graficzna

Minusy:

  • Grając „tradycyjnie” – irytuje ułatwieniami
  • Powolny rozwój produkcji
electronic arts firemonkeys Need for Speed: No Limits recenzja