Publicystyka Tomek Alicki
13.10.2017
Recenzja: Pierwszy Śnieg
5.0
/10
Ocena
Recenzja: Pierwszy Śnieg

Jo Nesbo doczekał się ekranizacji jednego ze swoich bestsellerów. Dzisiaj na ekrany kin trafił Pierwszy Śnieg. Michael Fassbender twarzą całego kryminału, Rebecca Ferguson u jego boku i J.K. Simmons w roli drugoplanowej. Nowy film Tomasa Alfredsona to doskonały przykład na to, że niektórym scenariuszom nie pomoże nawet świetna obsada.

Aktor, którego ostatnio oglądaliśmy w Obcy: Przymierze czy Assassin’s Creed, wciela się tutaj w rolę detektywa Harry’ego Hole’a, gwiazdy skandynawskiej policji. Niegdyś szanowany śledczy wymieniany podczas licznych wykładów w szkołach policyjnych, teraz popada w alkoholizm, noce spędzając w barach. Jak to zwykle bywa, trafia się intrygująca sprawa. Kobiety zaczynają znikać, powtarza się ten sam motyw, a kiedy wreszcie pojawiają się konkrety, wszystko wskazuje na seryjnego mordercę. Znakiem rozpoznawczym psychopaty jest lepiony po każdym zabójstwie bałwan.

Pierwszy śnieg 2017 #1

Lecimy znanym fanom kryminałów motywem. Sprawę pod nos podsuwa mu Katrine Bratt (Rebecca Ferguson) – policjantka, która właśnie przeniosła się do Oslo z Bergen. Jest to postać rozpisana nawet krócej niż sam Michael Fassbender. Potem pojawiają się kolejne tropy, krótki kryzys oraz zaskakujące zakończenie, na którym zafiksowana jest całość. Pierwszy Śnieg to jeden z tych filmów, który ma małymi kroczkami krążyć wokół mordercy, pozwolić Wam myśleć, że nie uda się go odnaleźć, by wreszcie na sam koniec połączyć ze sobą dwie ostatnie kropki, zwalając widownię z nóg.

Domyślacie się pewnie, że nie wszystko poszło według planu Tomasa Alfredsona. Mówiąc konkretniej, zawiódł scenariusz. Jeżeli bowiem nastawiamy się właśnie na taką koncepcję, w trakcie filmu potrzeba napięcia, grozy i poczucia niepokoju, a nie lekceważących uśmiechów. Ciężko sobie wyobrazić, że w produkcji opartej na skandynawskim kryminale, reprezentancie gatunku nastawionego mocno na rozwój bohaterów, to właśnie postacie będą jednym z gorszych elementów.

Pierwszy śnieg 2017 #2

Abstrahując już od sztampowości samego pomysłu, czyli genialnego policjanta-alkoholika uganiającego się za skrzywdzonym w dzieciństwie seryjnym mordercą, brakuje konsekwencji w prowadzeniu poszczególnych aktorów. O problemach z alkoholem Harry’ego dowiadujemy się z drugiej sceny, gdzie nieprzytomny leży pod jakimś norweskim barem. Godzinę później, po dniach uganiania się za mordercą i zamartwiania się o swojego syna, nagle gasi teatralnie papierosa w szklance wódki, kończąc z nałogiem, który do tej pory nie wyglądał na zbyt wielki problem.

To samo tyczy się seryjnego mordercy. Alfredson zdecydował się pozwolić widzowi podążać poszlakami odkrywanymi co jakiś czas przez Harry’ego. Czarny charakter poznajemy jedynie z krótkiej pierwszej sceny, która przedstawia jego dzieciństwo. Później patrzymy tylko na jego zręcznie lepione ze śniegu kule i czarne rękawiczki. Brakuje głębokiego motywu, jakiejś konfrontacji. Zebrani przed ekranem ludzie mają się bać postaci przemykającej się bezszelestnie na horyzoncie.

Najbardziej boli fakt, że Tomas Alfredson kilkukrotnie podczas całego filmu był bardzo blisko tego, czego powinien trzymać się przez cały Pierwszy Śnieg. Wystarczył krótki fragment, gdzie morderca przemyka się po posiadłości swojej ofiary, żeby po ciałach widzów przeszły nerwowe dreszcze. Wpleciony w fabułę motyw opadów śniegu również działał na korzyść filmu. Ciemność, zamiecie, mroźne Oslo… Wszystko to grało, jednak zaledwie przez chwilę, a samemu reżyserowi zabrakło konsekwencji, żeby kontynuować zaczęte myśli.

W rezultacie Pierwszy Śnieg wypada blado pod niemal każdym względem. Poprawnie wykonuje większość elementów thrillera, ale niektóre z nich zdaje się ignorować. Dzięki Simmonsowi, Ferguson oraz najprzystojniejszemu alkoholikowi na tej planecie seansowi daleko do tych, które przyprawiają o zgrzytanie zębami. Smuci jednak fakt, że kiedy już udało się zebrać w jedno miejsce kilku dobrych aktorów, w ich ręce wpadł tak przeciętny scenariusz.

Ocena: 5/10

Pierwszy Śnieg recenzja recenzja filmowa