Publicystyka Kacper Mądry
09.08.2017
Dreadnought - walki gigantycznych statków przetestowane
Dreadnought w bazie gier
Dreadnought - walki gigantycznych statków przetestowane

Konsolowy rynek wieloosobowych symulatorów bitew powoli się zapełnia. Możemy zasiąść za sterami czołgów, samolotów, statków czy postapokaliptycznych pojazdów. Do tego grona dołączają teraz ogromne statki kosmiczne. Czy Dreadnought znajdzie swoją niszę?

Dreadnought dostępne jest aktualnie w formie otwartej bety, która poprzedzona była zamkniętymi testami. Postanowiłem spróbować swoich sił i przekonać się, czy nadchodząca produkcja wprowadza jakieś innowacyjne rozwiązania do gatunku, czy możemy mówić o kopii znanych pomysłów. Dreadnought stawia na bitwy olbrzymich statków kosmicznych. Potyczki odbywają się zarówno w przestrzeni kosmicznej, jak i tuż nad powierzchnią planet. Zapierające dech w piersi widoki oraz powolne, a zarazem potężne maszyny - czy to się sprawdza? Cóż, wszystko zależy od tego, jakim graczem jesteśmy. Jeśli od gier oczekujecie wciągających historii – trafiliście pod zły adres. Tutaj znajdziecie trwające od kilkunastu do kilkudziesięciu minut sieciowe pojedynki, które stworzone zostały pod swoją niszę. Na pierwszy rzut oka gra nie wyróżnia się niczym szczególnym poza pojazdami, którymi przyjdzie nam kierować. Jeśli więc nie dostajecie dreszczy na widok czołgów, to być może tutaj zakotwiczycie na dłużej.

Nasze okręty wyposażone są w dwa rodzaje broni głównych oraz posiadają szereg dodatkowych, które występują pod okresowo ładowanymi umiejętnościami. Mamy więc takie bajery, jak zestrzeliwanie nadlatujących pocisków czy wystrzelenie ogromnej salwy w stronę przeciwnika. Do tego wszystkiego dochodzą trzy dodatkowe tryby naszego statku. Za pomocą touchpada wybieramy zawsze taki, który najbardziej odpowiada naszej sytuacji. W ten sposób możemy sprawić, że wokół statku pojawi się bariera ochronna zwiększająca naszą odporność na obrażenia czy też uruchomić tryb pozwalający na zadawanie większych punktów ataku. Nasz statek jest niezwykle ociężały, co sprawia, że równie często będziemy aktywowali dodatkowe przyspieszenie. Nie ma jednak możliwości, aby stale latać z takimi wzmocnieniami. Uruchomienie ich zużywa energię, która regularnie się odnawia, jednak każde jej użycie starcza tylko na kilkanaście sekund.

W Dreadnought niezwykle ważne jest wykorzystywanie otoczenia. Ograne mapy są skonstruowane w taki sposób, aby zawsze można było się gdzieś schować. Początkowe etapy rozgrywki to zazwyczaj czajenie się w kanionach czy lot blisko ścian stacji kosmicznej, po to, aby żaden z przeciwnych graczy nas nie zauważył. Jeśli wszystko zrobimy sprawnie, będziemy mieli nawet szansę przelecieć po kryjomu całą planszę naszym monstrualnym statkiem i władować salwę z dział w tył przeciwnika. Do dyspozycji graczy oddano aktualnie dwa rodzaje bitew. Pierwszy polega na niszczeniu wrogich statków do momentu, aż zostanie osiągnięty wymagany wynik drużyny. W trybie tym stale się odradzamy, jednakże drugi wariant gry to już inna sprawa. W Team Elimination otrzymujemy tylko jeden statek i w przypadku śmierci, zasiadamy za sterami małego odrzutowca. Są one zwinne i szybkie, ale zadają zdecydowanie mniejsze obrażenia, więc powinniśmy traktować je jako koło ratunkowe dla pozostałych przy życiu graczy z naszej drużyny.

Między bitwami możemy wytwarzać dla siebie nowe działa oraz statki. Rodzajów broni, które serwują nam twórcy, jest bardzo dużo i każdy znajdzie tutaj coś, co będzie najbardziej odpowiadało jego stylowi rozgrywki. Działka wystrzeliwujące całe salwy pocisków czy jeden potężny? Wszystko zależy od nas. Ponadto mamy możliwość malowania naszych statków czy naklejenia im emblematów, ale za to przyjdzie nam już zapłacić prawdziwe pieniądze. Gra jest nastawiona na mikropłatności i z prawie każdego menu bije do nas informacja o możliwości dokonania transakcji. Za zakup najtańszego pakietu za 22 złote będziemy w stanie kupić sobie aż… dwie naklejki. Nie wspominam już o cenach statków z serii „hero” czy pakietach elitarnych zwiększających nasz przyrost doświadczenia. Dobrze, że przynajmniej możliwość zamiany zarobionych w grze pieniędzy na nowy poziom nie jest płatna.

Niestety, ale Dreadnought cierpi na spore problemy z płynnością. W zależności od tego, na jaki fragment mapy patrzymy, mamy na oko nawet 60 klatek na sekundę, ale wystarczy, że spojrzymy na inny losowy obiekt i już gra potrafi zacząć przycinać animację. W tego typu produkcji znacznie utrudnia to celowanie w innych graczy czy też manewrowanie pomiędzy obiektami na planszy. Jakby tego było mało w tytule Yager Development występują spore lagi. Do poprawy jest również udźwiękowienie. Odgłosy z menu czy podczas gry nie są równe, przez co zmuszeni jesteśmy do ciągłego operowania dźwiękiem, a ponadto musimy mocno wsłuchiwać się w to, co czasem powie do nas załoga naszego okrętu, ponieważ są to tak ciche dialogi, iż lepiej czytać napisy, niż słuchać.

Dreadnought pomimo kilku ciekawych rozwiązań, jak zmiana trybu statku czy liczne konfiguracje dział - wynudziło mnie. Tak jak wspominałem na początku – gra celuje w swoją grupę, którą na pewno znajdzie, i ludzie ci spędzą w tym tytule dziesiątki godzin. Jednak zwykli gracze, którzy chcą spróbować tego typu gry, nie znajdą tu niczego ciekawego. Jeśli bardzo wam zależy – spróbujcie „czołgów”. Latanie ogromnymi okrętami może i jest fajne, ale powolna rozgrywka zniechęci nowych graczy, a optymalizacja w becie odstraszy nawet fanatycznych przeciwników religii „4K, 60fps”. Ciekawi mnie, czy gra już nie ma problemów z popularnością. Na ten moment coraz trudniej jest znaleźć chętnych do gry, a czas oczekiwania na znalezienie graczy potrafi trwać nawet półtorej minuty. Przed producentem jeszcze sporo prac, aby jego tytuł wyglądał tak jak powinien.

dreadnought playstation 4 playtest yager