Publicystyka Tomek Alicki
01.08.2017
Recenzja: Wojna o Planetę Małp
Recenzja: Wojna o Planetę Małp

Po kolejnych trzech latach oczekiwań, na ekranach kin ponownie zawitała trylogia o Planecie Małp. Doczekaliśmy się trzeciej odsłony serii i widownia oczekiwała mocnego zakończenia. Po seansie Wojna o planetę małp wyrasta na najlepszą część rebootu, a nadchodzący Batman, za którego odpowiedzialny jest ten sam reżyser, zaczyna budzić coraz większe oczekiwania.

Film zaczyna się niczym większość dokumentów. Białe litery na czarnym tle przypominają o wydarzeniach z poprzednich części. Czerwonym kolorem zostają zaznaczone tytuły Genezy i Ewolucji, zgrabnie przechodząc do początku Wojny o planetę małp. Ostatnia odsłona trylogii funkcjonuje całkiem dobrze bez tła w postaci dwóch filmów. Caesar regularnie wspomina swoje poczynania z Ewolucji, często pada imię Koby, a całość można odebrać bardzo wyraźnie bez znajomości produkcji sprzed kilku lat.

Fabularnie Reeves wyraźnie stawia widzów po stronie małp. Minęły dwa lata od kiedy ludzie widzieli Caesara, który żyje sobie spokojnie, przewodząc swojemu zaszytemu w środku lasu plemieniu. Cisza przed burzą zostaje jednak przerwana już w pierwszych minutach filmu. Małpy po raz kolejny chcą uciekać, szykując się na podróż w stronę nowych terenów. W ostatniej chwili dramatyczne wydarzenia zmuszają Caesara do odłączenia się od grupy i ruszenia w ślad za ludźmi w poszukiwaniu zemsty.

Najbardziej zaskakującym elementem Wojny o planetę małp jest to, jak niewiele jest w tym wszystkim akcji. Zwiastuny pokazywały wielkie wybuchy, wojsko szykujące się do walki i Caesara na czele swojej małej „armii”. W rezultacie czołgi i helikoptery pojawiają się w ostatnich kilkunastu minutach filmu, a małpy przez większość czasu znajdują się w pozycji, która zmusza ich do planowania ucieczki, zamiast łapania za karabiny. Co więcej, reżyser świadomie unika sprowadzania konfrontacji do scen walki, kiedy mogłoby się wydawać, że nie ma innego wyjścia.

Koncepcja Reevesa nie opuszcza go na szczęście do ostatnich minut, a ten brak wybuchów czy wielkich bitew wychodzi filmowi na dobre. Chodzi bowiem o to, co pojawia się w momentach, które w większości blockbusterów wypełnione są akcją – dostajemy konflikt z perspektywy małp. Podążamy krok w krok za świetną kreacją Serkisa, patrząc jak przywódca kontynuuje swoją rozpoczętą w poprzedniej części przemianę. Na ekranie dominuje poczucie niepokoju. Caesar kurczowo trzyma się swojej broni, za rogiem spodziewając się najgorszego.

Wszystko to otoczone jest audiowizualnym majstersztykiem. Muzyka Michaela Giacchino zwala z nóg, dopełniając klimatu, jaki stara się zbudować reżyser wokół swojego filmu. Zdjęcia robią wrażenie, a niektóre sceny w pierwszej części Wojny o planetę małp zapadną widzom w pamięć na kolejnych kilka tygodni. Technicznych rewelacji dopełnia sam Andy Serkis, który aż prosi się o nową kategorię na gali rozdania Oscarów. Mieliśmy już okazję obserwować go w tej roli trzy lata temu, a dla zaznajomionych z jego twórczością nie będzie to seans pełny zaskoczeń. Zaskakuje jednak zaawansowanie technologii motion capture i cuda, jakie jest w stanie z niej wycisnąć Serkis.

Reevesowi należy się ogromny szacunek za podejście do powrotu Planety Małp i historię, jaką sprzedał nam swoimi dwoma filmami. Po Wojnie o Planetę Małp widać daną mu swobodę oraz wkład w scenariusz, którego brakowało w Ewolucji. Najprawdopodobniej dlatego nowy film tak dobrze wypada pod względem dramatycznym, a całość pewnie podąża śladami Caesara, zgłębiając jego motywacje i używając jego plemienia jako bardzo dosadnej metafory. Nie trzeba szukać daleko, żeby odnaleźć genezę pomysłu na wątek głodzonych małp zmuszanych do pracy przy budowie wielkiego muru.

Nie oznacza to jednak, że Wojna o planetę małp jest arcydziełem, którego powstanie będziemy wspominać przez kolejne dekady. Imponuje podejście do filmu, ale nie udało się całkowicie wyzbyć logicznych nieścisłości towarzyszących innym reprezentantom tego gatunku. Niektóre rozwiązania są bardzo umowne, a żeby naprawdę cieszyć się z seansu, trzeba przymknąć oko na detale pozwalające pchać fabułę do przodu. Na szczęście nie jest to nic na tyle poważnego, żeby miało zaburzyć odbiór całości.

Matt Reeves wreszcie wziął sprawy w swoje ręce i zamknął serię w bardzo imponujący sposób. Dawno nie mieliśmy do czynienia z trylogią, w której każdy kolejny film byłby lepszy od swojego poprzednika. Reboot Planety Małp odchodzi w świetnym stylu i nie pozwoli o sobie zapomnieć przez następne miesiące. Kto wie – sądząc po komentarzach krążących po mediach, możemy po raz kolejny usłyszeć o Wojnie o Planetę Małp przy okazji Oscarów.

Ocena: 8/10

recenzja recenzja filmowa wojna o planetę małp