Wyleciało mi z głowy kALWa888
10.12.2017, 03:16
W co gracie? - WG #191
W co gracie? - WG #191
Tak samo jak (prawie) co weekend, zadajemy pytanie W Co gracie? – i zapraszamy do luźnej dyskusji.

Tak jak widać na okładce, "gwiazdą" tego weekendu będzie u mnie Wiedźmin. Zacznę jednak od ukończonej niedawno jedynki. Przejście zajęło mi dobry rok, a to wszystko przez brak motywacji do grania. Gra sama w sobie jest świetna, ale niestety (przyznaję to ze wstydem) trofea wygrywają. Jednak gra sama w sobie na tyle się rozkręciła, że w pewnym momencie nie mogłem się w zasadzie oderwać. Moim głównym problemem przeszkadzającym w powracaniu do gry były bagna – trudna lokacja, po której porusza się dość niewygodnie z uwagi na wiele zablokowanych obszarów. Do tego dodajmy wielu przeciwników – zwłaszcza tych, którzy wyrastają z ziemi i dodatkowo zatruwają, nawet na dużą odległość (choć jak się okazało później, był to jeden przeciwnik przenoszący się do wybranych lokacji). Każda sesja z grą była trochę męcząca i wizja powrotu do Lasu na Bagnach skutecznie zniechęcała. Jednocześnie wraca się tam często. To w zasadzie główna lokacja (nie licząc miasta), w której wykonujemy zadania, zarówno poboczne jak i fabularne. Mogły to być zlecenia na potwory, znalezienie jakiegoś składnika, pomoc dla kogoś. Wszystkich nie zrobiłem, bo kilka z nich zaprzepaściłem albo po prostu ich nie dokończyłem. Jedno zepsułem poprzez dokonanie złego wyboru – po prostu zacząłem zbyt wcześniej atakować podczas napadu na bank. Przez to nie mogłem zdobyć najlepszej zbroi.

Najmocniejszą cechą Wiedźmina jest klimat. Nie jest oczywiście jednostajny, ale przeważają lokacje ponure, przesiąknięte biedotą. Niedługo po początku lądujemy w Wyzimie – mieście podzielonym na odpowiedne dzielnice. Najpierw działamy na obszarze, w którym żyją nieludzie, dziwki i inne brudasy. Niebo często jest szare, w tle przygrywa ponura muzyka, często ktoś jęczy że coś go boli, albo że pada deszcz. Dla odmiany wychodzimy na bagna, gdzie jest jeszcze bardziej ponuro – pełno topielców, martwych drzew, czasem ruin budynków. Dopiero później, kiedy trafiamy do bogatej części miasta, klimat zmienia się diametralnie. W mieście jest pełno kupców, na rynku trafimy na jarmark, ulicznych grajków i… ludzi, którzy Geralta nie chcą widzieć na oczy. Z drugiej jednak strony obracamy się też w innym towarzystwie. Geralt niejednokrotnie ma okazję udać się na szlacheckie przyjęcie, gdzie kolejni politycy starają się go wciągnąć w intrygi i wykorzystać jego nadludzkie umiejętności. Po pewnych wydarzeniach klimat znów się zmienia – staje się znacznie bardziej bajeczny i magiczny. Nad Brzeg trafiamy nocą, kiedy to księżyc odbija się w pomarszczonej tafli wody. Później trafiamy do wioski i otaczających jej pól – wysoka, żółta trawa, okoliczny las i demony z opowieści ludowych. Jednak jaki klimat by nie był, Geraltowi zawsze towarzyszą świetnie napisane postacie.

O fabule nie będę się rozpisywał, więc gładko przejdę do rozgrywki. Wiedźmin ma nietypowy system walki i do teraz nie rozumiem czemu został stworzony w ten sposób. Atak na cel wykonujemy standardowo – poprzez nacelowanie na przeciwnika i naciśnięcie przycisku ataku. Jednak w każdej innej grze każde kolejne naciśnięcie, to kolejny element łańcucha. Tutaj nie: naciskamy raz, Geralt atakuje i wykonuje kombinację ciosów, a my czekamy aż kursor poinformuje nas o tym, że możemy nacisnąć kolejny raz, aby przedłużyć kombinację. Jeśli naciśniemy w złym momencie, Biały Wilk przerwie atak i dostanie po rzyci. Na początku sprawia to trudności (bo przyzwyczajenia), ale szybko się tego pozbywamy. Spodobało mi się z kolei to, jak potraktowano walkę z określonym rodzajem przeciwnika. Na dużego przeciwnika stosujemy styl silny (przycisk Z); na mniejszego, bardziej zręcznego styl szybki (przycisk X); a na grupkę styl grupowy. Co prawda nie zawsze działa to należycie, bo określony rodzaj przeciwnika w grupie i tak wykona unik. W takiej sytuacji pozostaje pojedyncze likwidowanie kolejnych paskud. Niejednokrotnie przysporzyło mi to frustracji, ale na szczęście niezbyt często. Dzięki tej mechanice walka z grupą przeciwników to naprawdę fajna sprawa. Poza atakowaniem możemy też wykonywać uniki, ale z tego korzystałem rzadko. Polegałem raczej na Geralcie, który automatycznie wykonuje choćby parowanie.

Podsumowując, pierwszy Wiedźmin to kawał świetnej gry. Może pochwalić się niepowtarzalnym klimatem, ciekawą fabułą z toną dobrych dialogów i oczywiście unikalnym uniwersum, za co kudosy należą się Sapkowskiemu. Osoby, które zaczęły grać od trzeciej części sporo tracą i takim polecam zapoznać się z „jedynką”. Nie ma co gadać, że jest topornie, bo nie jest. Gra jest już trochę wiekowa, trudno więc żeby na jakimś PC nie poszła – tym samym jest też tania. No chyba, że pokusicie się o wersję wydaną niedawno – ta jest ciut droższa. Z grą spędziłem jakieś 40 godzin i kiedyś do niej wrócę, choćby po to, żeby nie zepsuć tego co zepsułem teraz. Tym bardziej, że w „dwójce” możemy wczytać zapis z „jedynki”.

Skoro do tego dotarliśmy, zacząłem grać w Wiedźmina 2: Zabójcy Królów. Wydana około 5 lat po pierwowzorze oferuje znacznie lepszą grafikę, ale też przyjemniejszą mechanikę – choć w moim przypadku można to powiedzieć dopiero po przerzuceniu się na pada. Sterowanie na klawiaturze jest trochę niewygodne, choćby przez unik, który wykonuje się poprzez jednoczesne naciśnięcie któregoś ze WSAD + spacja. Nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Jak na padzie wykonuje się unik? Wystarczy przechylić drążek w odpowiednim kierunku i nacisnąć X (na Dualshocku 4). Nie pograłem za dużo, bo niecałe 6 godzin. Prolog mam za sobą, rozpocząłem pierwszy akt i naprawdę mi się podoba. Nie zabrakło ważnych postaci (nie wymieniam, bo spoilery) i równie świetnych dialogów co w części pierwszej.

Pierwsze co mnie zachwyciło to przecudowne intro, w którym pokazano jedną z egzekucji. Już w pierwszej części było na co popatrzeć, ale co się dziwić skoro stoi za tym samo Platige Image, na czele którego stoi Tomasz Bagiński – znany przede wszystkim za sprawą świetnej animacji o tytule Katedra. Od premiery Wiedźmina 2 minęło już trochę czasu, ale film wejściowy robi naprawdę świetne wrażenie. Poziom animacji, udźwiękowienia, muzyki – cała kompozycja i reżyseria to po prostu rzecz cudowna. Co do grafiki w samej grze – zdecydowanie wolałem stonowaną, ponurą kolorystykę pierwszej części. Tutaj jest bardzo kolorowo, nawet jeśli schodzimy do kanałów. Nie przeszkadza mi to zbytnio, a poza tym to dopiero początek przygody. No i postacie w końcu jakoś wyglądają, choć Triss chyba lepszą twarz miała w poprzedniku.

Na koniec biadolenia o Wiedźminie wspomnę jeszcze o zmianach w systemie walki. Atakujemy w klasyczny sposób – jedno kliknięcie to jedno uderzenie, ale do dyspozycji dostajemy zarówno lżejsze ciosy jak i te silne. Od nas zależy jak je łączymy. Do tego dochodzi używanie znaków, robienie przewrotów. Zdecydowanie większy problem sprawia mi walka z grupą przeciwników. Na normalnym poziomie trudności wiecznie się wycofuję, aby nie znaleźć się w samym środku rozgardiaszu. Inaczej spożywamy też eliksiry – teraz robi się to podczas medytacji i pije na zapas, przed akcją, bo w trakcie nie można tego zrobić. Jednocześnie działanie eliksirów jest silniejsze, bardziej skuteczne – więc wypicie Jaskółki przed walką daje faktycznie mocno regenerujące się punkty żywotności. Skoro jesteśmy przy medytacji – aby się jej oddać nie musimy już znajdować ogniska. Wystarczy miejsce z dala od zagrożenia i możemy się wygodnie rozsiąść i następnie odpocząć, przyrządzić eliksiry czy rozwinąć umiejętności. Drzewko również wygląda inaczej. Zamiast poszczególnych kategorii tyczących się ataków i znaków, (póki co) mam jedynie dostępne drzewko treningu, gdzie uczę się podstawowych umiejętności. Gdy je wymaksuję, pewnie będę mógł zabrać się za kolejne. Cóż, więcej będę mógł powiedzieć jak więcej pogram i to jest właśnie mój cel na weekend.

Na koniec wspomnę o tym, że udało mi się zdobyć 100% trofeów w L.A. Noire na PlayStation 4. Nie była to przyjemność. Sama fabuła wręcz przeciwnie, poza kilkoma żmudnymi momentami. Jednak robienie gry na 100% to bieganie za bezsensownymi znajdźkami rozrzuconymi po mieście. Bezsensownymi dlatego, że większość z nich nie daje niczego poza kolejnym wpisem w statystykach. Poza szukaniem tych bzdur musiałem zasiąść za kierownicą każdego z 95 dostępnych pojazdów. To było najgorsze. Około 80 wpadło automatycznie podczas grania – choć nie do końca automatycznie, bo na większych parkingach korzystając z okazji wsiadałem do każdego po kolei. To co było jednak najgorsze to zrobienie zadymy o kosztach sięgających $47 000. Podczas jednej sprawy. Co musiałem robić? Niszczyć drogie pojazdy. Najprostszym sposobem jest branie wozu strażackiego i wjeżdżanie nim (tyłem żeby nie umrzeć) w dystrybutor paliwa na stacji benzynowej. Bez sensu. Żeby było to możliwe, musiałem się oddalać żeby samochód wrócił na swoje miejsce. Nie zawsze to działało niestety i chyba z 2 godziny spędziłem na misji, która z dokładnym szperaniem za wskazówkami zajmuje 40 minut. Koniec końców narobiłem zniszczeń za ponad $57 000. Na szczęście swoje postępy można sprawdzać na stronie Social Club od Rockstara. Podsumowując, zrobienie 100% zajęło mi 52 godziny, z czego jakieś 30 to fabuła ogrywana na spokojnie. Platyna trudna nie jest, ale niestety mocno nudna. Drugi raz nie chciałbym tego robić.

To tyle ode mnie! Zostawiam Was z komentarzami – dajcie znać jak Wy się bawicie. W sumie na dworze zimno, więc pogoda sprzyja graniu.

Oceń notkę:
+ +10 -